Jubileuszowe rarytasy, zagadki i smaczki

Wydawać by się mogło, że nie ma nic bardziej przewidywalnego, niż wystawy jubileuszowe w placówce muzealnej. Tymczasem Muzeum Regionalne w Siedlcach, na wystawach, zorganizowanych z okazji 50-lecia jego powojennej działalności, zaprezentowało niby zbiory dobrze znale, ale… dopełnione eksponatami rzadko pokazywanymi, wypożyczonymi z innych placówek lub wręcz dopiero co pozyskanymi. Czujne oko znawców historii regionu bez problemu potrafiło wyłowić te ciekawostki.

Na wystawie dotyczącej historii Siedlec możemy więc po raz pierwszy zobaczyć portret księżnej Aleksandry Ogińskiej tuż obok obrazu, przedstawiającego jej matkę i popiersia jej ojca. Portret drugiego męża księżnej, Michała Kazimierza, jak na małżonków, którzy byli w separacji, ale zachowywali przyjacielskie relacje przystało, wisi na osobnej, ale stojącej tuż obok ściance.

 

O ile rodzice księżnej przyjechali z Muzeum xx. Czartoryskich w Krakowie, to oryginał portretu jej małżonka znajduje się w Muzeum Sztuki Litwy w Wilnie, na której mieszkał, opuściwszy Siedlce.

 

Patrząc na portrety poszczególnych Czartoryskich – a są wśród nich i ks. Adam Kazimierz i Maria Wirtemberska i Izabela z Flemingów – ma się wrażenie, że wszyscy najważniejsi przedstawiciele Familii przyjechali do Siedlec na jubileusz muzeum „pod Jackiem”. Nie mogło też zabraknąć króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który przybył do z Zamku Królewskiego na Wawelu. W gablocie tuż obok tych portretów znajdziemy pierścień z podobizną Adama Kazimierza Czartoryskiego z ok. 1790 r. O ile wszystkie wystawy jubileuszowe będą dostępne do marca 2018 roku, to pierścień ten będzie u nas tylko do początku sierpnia, podobnie jak eksponowana w muzealnej bibliotece 3-tomowa książka z… autografami ks. Aleksandry.

 

Dociekliwych wciąż intryguje rycina Franciszka Ksawerego Christianiego z 1825 r. Zamieszczona w pracy „Rysy postawionych pomników i wybitnych medalów w Królestwie Polskiem w roku 1825” jest najstarszym, dotychczas znanym, przedstawieniem ratusza. Niewysoka budowla tuż przed „Jackiem” być może była studnią. Nieopodal miejsca, w którym stoi dziś popiersie Tadeusza Kościuszki, był wówczas postument z figurką. A między „Jackiem” a kościołem św. Stanisława stał parterowy budynek. Gdyby zachował się do dzisiejszych czasów – zasłaniałby widok na pobudowaną 3 lata później pocztę.

 

Kolejnym smaczkiem dla historyków jest – po raz pierwszy prezentowane w Siedlcach – zdjęcie bramy dzwonnicy, zrobione przez Hermana Gancwola. Jego reprodukcja wisi pod fotografią, przedstawiającą Stary Kościół. Oba zdjęcia Muzeum Narodowe w Warszawie, które ma te fotografie w swoich zbiorach, datowało na 1875 r. Uważni obserwatorzy zauważą, że drzewa na jednej z tych fotografii mają liście, ale na drugiej z nich już nie. To najlepszy dowód, że ich autor co najmniej dwukrotnie odwiedził Siedlce. Czy przyjechał do tego miasta wyłącznie wiedziony ciekawością, jak ono wygląda po niedawnym pożarze? Czy syn Hermana, Adolf, któremu miasto zawdzięcza tyle zdjęć, był tu wówczas razem z ojcem? W 1875 roku miał zaledwie 5 lat.

 

Patrząc na zdjęcie bramy-dzwonnicy, nie sposób nie spojrzeć na zamieszczoną tuż obok pracę Adolfa Kozarskiego z 1866 r. Namalowana po drugim (z 1865 r.) z trzech dużych pożarów, jakie dotknęły Siedlce w II poł. XIX w., jest uroczą widokówką z malowniczymi chmurami. Zdjęcie Hermana jest realistyczne aż do bólu. Pokazuje dostojną, lekko przechyloną w lewo, odrapaną bramę, wołającą bezgłośnie o pilny, gruntowny remont.

 

XIX-wieczny surdut oraz stroje pań na manekinach, towarzyszących wystawie historycznej, to nabytki, które muzeum dostało od mieszkańców Siedlec w tym roku. Świetnie zachowane są wspaniałym prezentem jubileuszowym.

 

Na wystawie etnograficznej urzekają zwiedzających wycinanki, poprzetykane zdjęciami pań, które je wykonywały oraz imponująca kolekcja, pieczołowicie zbieranych przez Wandę Księżopolską.

 

Wśród obrazów przeważają prace Małgorzaty Łady-Maciągowej, które zajmują aż 3 sale wystawowe oraz Michała Borucińskiego, wyeksponowane w 2 salach. Porozwieszane po dwóch stronach holu głównego „na dołku” – są niczym skrzydła wielobarwnego ptaka.

 

Byli niemal równolatkami. Małgosia urodziła się 4 lata wcześniej niż Michał. Jej prace, podobnie jak życie, są związane z Krakowem. Oprócz widoków z grodu Kraka, malowanych przez artystkę coraz chętniej pod koniec życia, na wystawie możemy podziwiać portrety jej męża, synka, siostry i babci oraz autoportrety. Na pracach Michała królują: szkice portretowe osób spoza rodziny, martwe natury i kwiaty. Autoportret, namalowany na płycie pilśniowej, jest zaledwie jeden. Sporo jest za to widoków Warszawy – zrównanej z ziemią lub jeszcze niepodniesionej z ruin po II wojnie światowej.

 

Zanim jednak dojdziemy do prac wspomnianych malarzy, przyciągną naszą uwagę „Dziewczynki z martwym ptaszkiem” Vlastmila Hofmana, „Portret dziewczyny” Kazimierza Sichulskiego oraz obrazy m.in.: Józefa Brandta, Józefa Pankiewicza, Ludomira Benedyktowicza i Wojciecha Weissa. Patrząc na nie, zastanawiamy się, jakim cudem takie „nazwiska” znalazły się akurat w Siedlcach.

 

Najmniejsza, znajdująca się tuż przy wejściu do muzeum sala, jest poświęcona historii tej placówki. Oprócz trofeów muzealnych i spisu wszystkich dyrektorów tej placówki z minionego półwiecza znajdziemy w niej wydawnictwa, foldery, pocztówki, kalendarzyki, długopisy, magnesy na lodówkę, będące sympatycznymi pamiątkami z pobytu w Siedlcach. Oprócz nich zwracają uwagę materiały, przypominające, iż w Muzeum Regionalnym w Siedlcach były wystawy lub prelekcje, dotyczące Indian Ameryki Północnej, Etiopii, a w muzeum w Treblince, będącym oddziałem siedleckiej placówki, całkiem niedawno, bo 3 maja 1990 r., gościł nie kto inny, jak prezydent RFN.

 

Wybierając się do Muzeum Regionalnego, warto ubrać się ciut cieplej, ponieważ – ze względu na dbałość o zapewnienie odpowiednich warunków prezentowanym na wystawach eksponatom – obniżono temperaturę w pomieszczeniach wystawowych.

Reklamy
Opublikowano fotografia, historia, kultura | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

książki z Biedronki

Nie są czerwone w czarne kropki. Nie latają do nieba po kawalątek chleba. Nie sposób ich też nazwać Bożymi krówkami. Nawet ciągutkami jakoś nie wypada. Książki z Biedronki, niczym konfitury z tejże, w pierwszej chwili wywołują uśmiech na twarzy, w drugiej – zaciekawienie, towarzyszące ich napotkaniu w takim sklepie, ustępuje miejsca radości i zdumieniu.

Wszystkiego się spodziewałam w Biedronce, ale Magdy Grzebałkowskiej jednak najmniej. Znaczy się, nie Magdy osobiście, tylko jej najnowszej (tzn. wydanej w 2015 r.) książki „1945. Wojna i pokój”.

Chociaż… Skoro 3 lata temu znalazłam w tym samym sklepie książkę Małgorzaty Musierowicz (dużo świeższą, niż ta wyżej wspomniana), „Wnuczkę do orzechów”, a rok później, przed Bożym Narodzeniem, „Feblika”, to może nie powinnam się teraz dziwić? A jednak się zdziwiłam. Albo – jak by napisała Musierowiczowa – zacukałam (ładnie – prawda?).

Nie zwróciłabym uwagi na ten 1945 rok, gdyby nie człowiek w średnim wieku, który w pewnym momencie wychynął zza sąsiedniego regału, by… odłożyć na półkę tę książkę. Sprytnie odłożyć. A nawet przebiegle. Mniej więcej tak, jak to robią panie w second-handach. Upolowawszy swój cud-łup, bywalczynie lumpeksów odwieszają go w najbardziej ciemny z ciemnych kąt lub np. na wieszak w dziale dla dzieci, żeby… sobie tam spokojnie powisiał dzień lub dwa, nie rzucając się nikomu w oczy, i poczekał na… dzień dobroci dla niechcianego towaru, czyli jego wyprzedaż po jeszcze atrakcyjniejszej niż dotychczas cenie…

W przypadku książek – które w sklepach Biedronki są sporo tańsze niż gdzie indziej – o dodatkowym upuściku mowy co prawda być nie może, ale… Miły pan w średnim wieku prawdopodobnie zamierzał wkrótce wrócić po tę Grzebałkowską, bo… odstawił ją tyłem do przodu i to tak przemyślnie, że książki z działu kulinaria zasłoniły zdjęcie autorki z jej imieniem, nazwiskiem i notką biograficzną włącznie. Powiedzmy sobie szczerze – wzięłam tę książkę do ręki nie dlatego, że pachniała na odległość dobrym materiałem reporterskim. Zaintrygowało mnie, co też ten facet sobie odpuścił. Zgodnie z zasadą: towar macany należy do macanta – czule objęłam dopiero co odstawiony tom Grzebałkowskiej, szepcząc: mój ci on i… pognałam z nim do kasy w takim tempie, jakbym się obawiała, że miły pan lada moment zatęskni za wojną i pokojem w jednym i zechce go odzyskać na drodze niekoniecznie pokojowej.

Ja po drodze złapałam jeszcze „Przepisy na szczęście” Mai Sobczak oraz „Smarowidła, pasty i inne cuda” Marii Banach. Obie książki – podobnie jak poprzednia – były w jakże miłej dla mojego portfela, promocyjnej cenie.

Na każdej z wyżej wymienionych pozycji zaoszczędziłam ok. 10 zł. Czysty zysk, chociaż… czy na pewno miejsce, w którym kupujemy książkę, nie gra roli lub gra rolę epizodyczną w sytuacji, gdy promocja (nie mylić w tym przypadku ze spotkaniem autorskim) jest grą wartą świeczki?

 

Opublikowano Ana, historia, kultura, samo życie | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

W wyniku różnych zmartwień…

Reżyser i scenarzysta, podobnie zresztą jak fotograf i krawiec, muszą umieć wybierać / wykrawać co najlepsze kawałki.

Nie inaczej było przy okazji filmu o Marii Skłodowskiej-Curie, o którym niedawno tu wspomniałam. Mocno uwypuklony w nim wątek Mani i Paula Langevina zainteresował mnie na tyle, że wybrałam się do biblioteki.

Znając wartość poszukiwań u źródeł, zamówiłam tylko dwie biografie noblistki – tę uważaną za wzorcową, napisaną przez jej młodszą córkę, Ewę oraz „Geniusz i obsesję. Wewnętrzny świat Marii Curie” autorstwa Barbary Goldsmith.

Pozostałe pozycje, to:

1) jakże skromnie wydana 80-stronicowa autobiografia Mani,  napisana przez nią po angielsku na życzenie amerykańskich przyjaciół, a przetłumaczona przez dra J. S. i H. S.;

2) wspomnienia siostry Mani, Heleny Skłodowskiej-Szalay;

3) wybór korespondencji Marii ze starszą córką Ireną z lat 1905-1934.

W każdej z nich szukam Langevina. Efekty tych poszukiwań są zaskakujące.

„W wyniku różnych zmartwień zachorowałam poważnie w końcu 1911 roku, kiedy to powtórnie, tym razem sama, otrzymałam nagrodę Nobla. (…) Mimo choroby udałam się do Sztokholmu po odbiór nagrody. Podróż była dla mnie bardzo uciążliwa. Towarzyszyła mi starsza siostra oraz córka Irena. (…)

Wspaniałego przyjęcia doznałam ze strony kobiet szwedzkich. Było to niesłychanie przyjemne, ale tak źle się czułam, że po powrocie do domu musiałam przeleżeć kilka miesięcy w łóżku. Ta ciężka choroba oraz konieczność dalszego kształcenia moich dzieci zmusiły mnie do przeniesienia się z Sceaux do Paryża” – napisała w „Autobiografii”. (str. 57-58) Nazwiska Langevin nie wymieniła w niej ani razu.

Ewa spojrzała na ten etap życia matki z zupełnie innej strony. „Po sławie małżonków Curie nadszedł czas na osobistą sławę Marii Curie, głośniejszą, docierającą coraz dalej. (…) Wspaniałe odkrycie, dokonane wspólnie z genialnym człowiekiem, wszechświatowa sława, dwie nagrody Nobla ściągają na Marię podziw wielu osób, a wielu innych – nienawiść.

Złość ludzka rzuca się na nią nagle gwałtowną falą i usiłuje ją zgnębić. Burza podstępnych i niecnych ataków zrywa się w Paryżu przeciwko tej czterdziestoczteroletniej kobiecie – tak wątłej, tak zniszczonej przez olbrzymi ciężar pracy – tak osamotnionej i bezbronnej.

Maria, pracując jak mężczyzna, ma oczywiście przyjaciół między mężczyznami. Będąc wyjątkową indywidualnością, wywiera na nich – zwłaszcza na jednego z nich – wpływ bardzo głęboki. To ludzkiej zawiści  wystarcza, aby oskarżyć uczoną, całkowicie oddaną swej pracy, kobietę, której życie było zawsze tak godne i skromne, w ostatnich latach zaś tak nieszczęśliwe – o zrywanie małżeństw i przynoszenie ujmy nazwisku, które umie nosić nazbyt świetnie. (…)

Lecz zbrodnia została spełniona: Maria znalazła się u progu samobójstwa i obłąkania. Siły fizyczne zupełnie ją opuściły: zachorowała bardzo ciężko. ” (str. 310-314)

Z imienia i nazwiska Ewa ani razu nie wymieni w swojej książce Paula Langevina.

Co nie znaczy, że stroni w niej od tematów bardzo trudnych.

„W ostatnich miesiącach ciąży jest tak przygnębiona i apatyczna, że zdawałoby się, nie dba o nic i o nikogo, prócz męża, którego zdrowie jest jej nieustanną troską. Że nie kocha już ani swej pracy, ani dziecka, które ma wkrótce przyjść na świat… Brońcia, przyjechawszy do niej z Polski na połóg, jest przerażona, widząc to nowe oblicze Marii – przez los pokonanej.

  • Jakim prawem daję życie dziecku? – powtarza. – Życie jest za trudne, zanadto cierniste. Nie wolno nam skazywać na nie nikogo…
  • Poród jest ciężki i długotrwały. Wreszcie 6 grudnia r. 1904 rodzi się tłusty dzieciak z czarnymi, nastroszonymi włosami. Druga córka – Ewa.” – czytamy w książce Ewy Curie. (str. 257)

Helena we wspomnieniach o siostrze wydarzenia roku 1911 kwituje tylko jednym zdaniem: „W roku 1911 otrzymuje Maria nagrodę Nobla z chemii”. Nazwiska Langevin próżno szukać w tych wspomnieniach. (str. 39)

W korespondencji z Ireną, której córka poślubi w przyszłości wnuka Paula Langevina, nie ma wzmianki o żadnym Langevinie. Nie znajdziemy go też na zdjęciach…

W książce Barbary Goldsmith znajduję kolejno rozdziały: Nasza życiowa katastrofa, Byliśmy szczęśliwi, Metamorfoza, „Dzieci moje (…) nie mogą we mnie życia rozbudzić”, „Chemia rzeczy niewidzialnych”, Zaszczyty i niesława…

„Za zmianą w zachowaniu Marii krył się Paul Langevin. Były student Piotra od dawna był bliskim przyjacielem obojga Curie, został też wybranym przez Piotra jego następcą w EPCI. Pięć lat młodszy od Marii, był wysokim mężczyzną o żołnierskiej posturze, przenikliwym spojrzeniu, z krótko przystrzyżonymi włosami oraz podkręconymi wąsami. Langevin był zarówno fizykiem, jak i wybitnym matematykiem. W 1906 roku Langevin wyciągnął wniosek, że E = mc2 (…), odkrywając jednak, że inny naukowiec, o nazwisku Einstein, już opublikował to odkrycie.

Maria Curie pisała (…), że bardzo sobie ceni jego cudowną inteligencję. (…) Langevin pisał, że Maria przyciągała go niczym światło (…) i zacząłem szukać w niej tej odrobiny czułości, której brakowało mi w domu. (…)

Maria, którą trzeba było namawiać do poślubienia spokojnego Piotra, teraz cała pałała namiętnością. (…) Pani Langevin (…) ostatecznie podpisała dokumenty, stwierdzające separację, w których o Marii nie było ani słowa. Po trzech latach Langevinowie pogodzili się, przy czym Paul znalazł sobie kolejną kochankę, tym razem nikomu nieznaną sekretarkę. Kilka lat później, po tym jak Paul spłodził nieślubne dziecko jednej ze swoich byłych studentek, poprosił Marię, aby znalazła dla niej posadę w swoim laboratorium, na co przystała”. (str. 154-164)

Równie zaskakujące jak przytoczone wyżej fragmenty okazały się pieczątki z datami ostatnich wypożyczeni tych książek: autobiografia – rok 2000, listy do córki – rok 1995, wspomnienia siostry – rok 1991, biografia autorstwa Ewy Curie – rok 1997…

 

 

 

Opublikowano Ana, film, historia, kultura, samo życie, wspomnienia | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Trzech Budrysów-urrrwisów

Będą z nich kiedyś chłopy jak dęby. Najstarszy właściwie  już jest młodym dąbkiem. Średni za moment nim będzie, a najmłodszy – zapowiada się na kujona.

Spotkałam ich w przychodni lekarskiej dla dzieci chorych. Siedząc w poczekalni wśród maluchów z przeziębionymi lub zsypanymi krostami buziami wyglądali, jakby się tu znaleźli przez pomyłkę. Albo robili za osoby towarzyszące.

Zdrowi jak konie, ryby i rydze razem wzięci.

Nie tylko mi wydali się nadzwyczaj zdrowi. Doktor, która ich zbadała, orzekła to samo. I poszła z Budrysami do poradni dla dzieci zdrowych, żeby ich zaszczepić.

Oprócz zdrowego wyglądu Budrysi mieli jeszcze dwa inne „znaki” charakterystyczne. Dwóch starszych nie wypuszczało z rąk smartfonów. Grali na nich w jakąś grę z takim przejęciem, że nawet nie dali popatrzeć najmłodszemu bratu. Po fizjonomii juniora wnioskuję, że nie miał smartfona wcale nie dlatego, że sam nie jest jeszcze wystarczająco „smart”. Raczej nie dostał go od rodziców właśnie dlatego, że jest bardzo, bardzo „smart”.

Czego najlepszym dowodem są jego okulary w – nie bójmy się tego określenia – wybitnie kujońskich oprawkach. Starsi bracia juniora nie mieli ani takich oprawek, ani nawet okularów…

Budrys senior miał za to wytatuowany na prawej dłoni czarny krzyż. Budrys junior zwracał uwagę pokaźnych rozmiarów krzyżykiem, zawieszonym na szyi na solidnej grubości łańcuchu. Srebrnym. Brat średniak zamiast krzyżyka na wierzchu, tatuażu na widoku i okularów na nosie miał wyeksponowane na spodniach, skarpetkach i koszuli logo znanej firmy, produkującej ubrania sportowe. Nie muszę oczywiście dodawać, że spod tejże koszuli – nonszalancko rozpiętej – wyglądał znak graficzny wyżej wspomnianej marki ubraniowej, umieszczony przez projektanta na samym środku T-shirtu. 🙂

Patrząc na każdego z Budrysów-urrrwisów (wyraziste charaktery mieli wypisane i wymalowane na twarzach), nie mogłam wyjść z podziwu, że tak bardzo są do siebie podobni i tak różni zarazem.

 

 

 

Opublikowano samo życie | Otagowano , , , | 1 komentarz

Babcia mówiła na mnie Adolfik*

Był dżentelmenem. Na dokumentach, które się zachowały, doskonale widać, że zawsze składał podpis tuż za żoną lub pod jej autografem. Gdyby więc Eleonora była jego żoną, to jej inicjał jako pierwszy by był tłoczony na tekturowych kartonikach z secesyjnymi litografiami, na które na przełomie XIX i XX w. naklejano zdjęcia. Tymczasem literka E. jest druga w kolejności w nazwie siedleckiego zakładu fotograficznego A. i E. Gancwol.

Adolf Gancwol był najmłodszym dzieckiem i najprawdopodobniej jedynym synem Hermana i Marii z Grundhandów. Przyszedł na świat w 1870 r. w Warszawie. Miał co najmniej sześć sióstr. Trzy z nich tak samo jak on i jego ojciec prowadziły zakłady fotograficzne. Eleonora była jedną z nich.

Emilja czy Eleonora?

Szukałam jej przez blisko 7 lat. Już 5 lat temu doszłam do wniosku, że Eleonora mogła być siostrą Adolfa, ale… Były to tylko moje przypuszczenia. Gdy więc znalazłam niedawno akt chrztu Eleonory Gancwol, poczułam dziką radość. I satysfakcję! Traf chciał, że odkryłam go niemal w 70. rocznicę jej śmierci.

Uważano, że E. Gancwol (chyba wszyscy intuicyjnie wyczuwaliśmy, że była to ta E., a nie ten E.) to druga żona Adolfa Gancwola, Lucyna Emilja. (Pierwszą była Leokadja.) Trochę na siłę. Adolf zmienił nazwisko na Ganiewski w 1922 r. Lucyna Emilja (z domu Gebel) była jeszcze wtedy panną. Nie zdążyła być panią Gancwol. Od razu została Adolfową Ganiewską.

Kto więc się krył pod inicjałem „E.”? Odpowiedź na to pytanie znalazłam w wykazie „Fotografów i zakładów fotograficznych Królestwa Polskiego i Litwy (Imperium Rosyjskie do 1918 r.)” Michała Żura. Autor tej publikacji był antykwariuszem oraz prezesem Domu Polskiego w Charkowie. Jako właścicielki zakładów fotograficznych w Siedlcach wymienił Eleonorę Gancwol i Ewelinę Dubiszewską. Skąd znał ich imiona i nazwiska? Tego już się nie dowiemy. Sporządzony przez Michała Żura wykaz fotografów odkryłam w 2010 r. Jego autor zmarł 2 lata wcześniej. Został śmiertelnie pobity w swoim antykwariacie.

Oprócz pracy M. Żura „dowodami na istnienie” Eleonory były Księgi i roczniki adresowe Królestwa Polskiego z lat 1900-1904. Przez ten czas jako właścicielka zakładu fotograficznego w Siedlcach była w nich wymieniana właśnie Eleonora Gantzwohl. Co się z nią działo później? Księga adresowa na rok 1905 podpowiada nam, że w powiecie siedleckim istniały zakłady fotograficzne Adolfa Gantzwohla przy ul. Ogrodowej i „Wiktoria” K. Korbutta przy ul. Warszawskiej. Po Eleonorze nie ma śladu.

Elena

Dr nauk ścisłych Elena Pawłowa z Moskwy, autorka książek „Wielostronne podejście filozoficzne do podstaw matematyki” oraz „Rozwój matematyki na przestrzeni wieków” (tę drugą napisała wspólnie z Markiem Kowalskim) przez kilka lat była związana z uczelniami w: Lublinie (KUL, UMCS), Warszawie (UW, UKSW) i Siedlcach (dzisiejszy UPH).

Jej babcia ze strony mamy nazywała się Helena Fiedczenko (z domu Gancwol). Dr Pawłowa o Gancwolach miała niewiele informacji, ale za to jakże istotnych. Ponieważ większość z nich nie była udokumentowana, nie potrafiła połączyć faktów i odtworzyć historii swojej rodziny. Nie mogła zrozumieć, czemu w archiwach, kancelariach parafialnych i urzędach stanu cywilnego nie znalazła ani jednego dokumentu, potwierdzającego istnienie babci Heleny. Przecież najlepszym dowodem na istnienie babci jest wnuczka, która dostała na chrzcie takie samo imię jak seniorka rodu.

Przebywając od kilku lat w Polsce, wykładając na wspomnianych wyżej uczelniach, a potem ubiegając się o kartę stałego pobytu, Elena Pawłowa porozumiewała się wyłącznie w języku rosyjskim. Mówić po polsku podobno umiała, ale… nie chciała. Nie bawiła się w kurtuazje. O swojej rodzinie opowiedziała i doradcy prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego ds. społecznych Henrykowi Wujcowi, i naczelnemu rabinowi Polski, Michaelowi Schudrichowi. I mnie…

Znalazła mnie dzięki pomocy Yale Reisnera z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, który wyszukał w sieci mój tekst „Zagadki Gancwola”.

Helena

Babcia pani Eleny urodziła się 21 maja 1867 roku. Najprawdopodobniej w Warszawie, choć równie dobrze mogła przyjść na świat w Nowo-Mińsku, Nowym Dworze, a nawet w Siedlcach… 1 listopada 1898 r. poślubiła 2 lata młodszego od siebie Nikołaja Dmitriewicza Fiedczenkę.

Pół roku lub 10 miesięcy później (są trzy wersje tej daty: 10 V, 4 VIII, 21 VIII) przyszła na świat ich pierwsza córka Maria. 4 lipca 1900 pojawiła się na świecie mama pani Eleny, Olga. Obie dziewczynki urodziły się w Nowo-Mińsku. Pani Elena nie ma jednak ani aktu ślubu dziadków, ani ich aktów urodzenia. Nie ma też aktów urodzenia ani cioci i mamy, ani nawet swojego. W różnych innych dokumentach ma aż trzy daty urodzenia.

Która z nich jest prawdziwa? Nie wiem – przyznała podczas któregoś z naszych spotkań.

Z Nowo-Mińska dziadkowie pani Eleny wyjechali najprawdopodobniej do Kowna. Potem dziadek Mikołaj został dowódcą twierdzy w Helsinkach. Zmarł w 1917 lub 1918 r., rozstrzelany na oczach żony i córek. Dziewczynki dusznościami i kaszlem przez pół roku odreagowywały tę tragedię. Po śmierci Mikołaja Helena zamieszkała z córkami w Nowoczerkassku. Przygarnęła je siostra cioteczna Heleny, Katarzyna Reszotowska. Podobno przymierały tam głodem.

Olga skończyła w Helsinkach ostatnią klasę gimnazjum. Później studiowała architekturę na Rostowskim Politechnicznym Uniwersytecie w Nowoczerkassku. Wyszła za mąż za Pawła Grigoriewicza Pawłowa, absolwenta ekonomii i prawa w Kijowie. Poznali się, gdy pracował w Baku, a ona była głównym architektem tego miasta. Jej siostra Maria (zm. 11 X 1976 r. w Baku) została sekretarzem sądu w Nowoczerkassku. Olga przeżyła ją o 9 lat (zm. 22 IX 1985 r. w Moskwie). Ich matka, Helena Fiedczenko (z domu Gancwol) zm. 18 XI 1946 r. w Baku.

Na zakończenie jednego z naszych spotkań Elena Pawłowa zapytała mnie bezceremonialnie:

Ile pani ma lat? Ponad 30! Moja babcia i mama też późno wyszły za mąż, a ciocia Maria to została panną. Przypuszczam, że dziadek z babcią poznali się, gdy przyszedł do jej zakładu zrobić sobie zdjęcie.

– Pani babcia pracowała w zakładzie fotograficznym?!

Tak, a nie mówiłam o tym? Ona robiła zdjęcia. Zresztą w tej rodzinie chyba każdy je robił. Mama i ciocia Marysia też. Ale ciocia więcej. Przechowała nawet aparat fotograficzny babci. Potem ja go dostałam. Sprzedałam go. Wiem, że źle zrobiłam, ale takie były czasy. Nie wróci się… Na jednym ze zdjęć, które pani pokazałam, jest młody Adolf, prawda? Znam go tylko z fotografii. Poznałam go po pieprzyku na policzku. Babcia tuż przed śmiercią, gdy była już ciężko chora, mówiła do mnie: Adolfik. Może i jestem do niego trochę podobna? Ależ to był przystojny mężczyzna! I w taki sposób umarł! Babcia nic więcej mi o nim nie mówiła. W ogóle w domu nie mówiło się o żadnych Gancwolach. Teraz domyślam się, dlaczego. Oni byli przecież Żydami, a dziadek Mikołaj był prawosławny. I ślub z babcią wziął prawosławny. Ja też jestem prawosławna, tak samo jak moi rodzice, a ciocia Maria to nawet pomagała batiuszce w Nowoczerkassku.

Nie nam oceniać, jak bardzo prawosławni byli krewni Eleny Pawłowej. Z całą pewnością byli jednak prawowierni. A zgodnie z prawem o małżeństwach mieszanych, które istniało od 1836 r., „gdy jedno z małżonków jest wyznania prawosławnego (…) zachodzi przymus co do wychowania wszystkich dzieci w religii prawosławnej (…)”.

Babcia nie lubiła Żydów – przyznała pani Elena. I zaraz dodała: – Może jej mama wcale nie była Żydówką, tylko polską szlachcianką? – rozmarzyła się.

Środowisko żydowskie bardzo źle reagowało na zmianę wyznania. „Wujowie i ciotki pluli na samo wspomnienie o niej” – napisał w „Rodzinie Muszkatów” I. B. Singer o Maszy, która przechrzciła się z miłości do Janka. Ojciec [Maszy] spędził jeden tydzień na rytualnej żałobie po córce, tak jakby ta umarła. [Matka] napisała (…), że ją wydziedzicza. Równie ostro reagowali polscy patrioci na śluby Polek z Rosjanami. Po powstaniu 1863 r. poślubienie Rosjanina było krzyczącym sprzeniewierzeniem się patriotycznej tradycji. (…) Małżeństwo z Rosjaninem uważane było za podwójną zdradę – religijną i patriotyczną – czytamy w książce Agaty Tuszyńskiej „Rosjanie w Warszawie”.

23-letnia Eleonora Gancwol, „córka mieszczan żydowskich 62-letniego Germana Gancwol i jego zakonnej żony Marii z domu Grungand”, w samo południe 16 listopada 1896 r. przyjęła w cerkwi prawosławnej chrzest. Dostała podczas tej uroczystości imię Helena.

Z aktu chrztu wynika, iż Eleonora urodziła się w 1873 r., a nie w 1867 – jak mówiła Elena Pawłowa. Która z tych dat jest prawdziwa? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że Helena Gancwol późno wyszła za mąż i była starsza od swego męża. Miała więc powód, żeby „się odmłodzić”.

Musiała bardzo kochać Mikołaja, bo ochrzciła się jeszcze za życia ojca. Na nekrologu błogosławionej pamięci Hermana Ganzwola napisano, że: po krótkiej lecz ciężkiej chorobie zasnął w Bogu, 24 marca 1898 roku, przeżywszy lat 68. Następnego dnia spoczął na Cmentarzu Żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie. Skoro w 1896 r. miał 62 lata, to dwa lata później powinien mieć 64, a nie 68. Zakładam, że informacja z księgi wyznania mojżeszowego jest w tym wypadku bardziej wiarygodna od tej z księgi prawosławnej.

Bez względu na to, ile miał lat w dniu śmierci, błogosławionej pamięci Herman Ganzwol zasnął w Bogu rok i 4 miesiące po konwersji córki. Dwoje kolejnych jego dzieci – Justyna i Adolf – zmieniło wyznanie już po śmierci ojca. Justyna ochrzciła się w kościele ewangelicko-augsburskim, a Adolf – w ewangelicko-reformowanym. A imię Eleonora wkrótce znów pojawiło się w rodzinie Gancwolów.

Aleksander Gancwol-Ganiewski, stryjeczny brat Eleonory, Justyny i Adolfa dał swojej pierworodnej, urodzonej w 1907 r. córce aż trzy imiona – Karolina Alicja Eleonora.

* W numerze 11. „Tygodnika Siedleckiego” z tego roku można przeczytać krótszą wersję tego tekstu, zatytułowaną „Zapomniana Eleonora Gancwol”.

 

Opublikowano Ana, fotografia, historia, kultura, wielokulturowość, wspomnienia, z głową w chmurach | Otagowano , , , , , , , , , | 2 Komentarze

Wreszcie przyjechałem…

…powiedziałby na powitanie i mocno wyściskał.

Nasz Marek.

Czekaliśmy na Niego od wakacji.

W lipcu przestał odbierać telefon. Pod koniec sierpnia zadzwoniła Jego przyjaciółka. Z pretensjami. Że jak to, to już tyle czasu, a jej nikt do tej pory nie powiadomił.

Ojciec poszedł na policję. Ledwo wrócił, przyjechało 3 funkcjonariuszy. Z faxem do wglądu.

A potem zaczęliśmy przerabiać kolejno lekcje: pokory, cierpliwości, godności i wytrwałości.

Ile razy zdawaliśmy sprawdzian z miłości bliźniego? Ile razy pytano nas: jak bardzo drogi zmarły jest nam drogi? – wiemy tylko my.

Nasz niepozorny za życia Marek po śmierci zaistniał w tylu instytucjach, w ilu nie zdążył chyba nawet nigdy być. Listy i maile kursowały w tę i z powrotem. W treści różniąc się właściwie tylko nagłówkami i adresatami.

W ubiegłym tygodniu ojciec pojechał na ekshumację pochowanego jako N.N. brata.

Wczoraj urny z prochami Marka (były dwie, bo prochy 197-centymetrowego faceta nie zmieściły się w jednej) znalazły się w grobie dziadków. Tradycji stało się zadość. Facet, który za życia nie mieścił się w żadne schematy, a ubrania chętnie szył sobie sam, został pochowany w sposób niebanalny. Przy pięknie świecącym słońcu.

Mimo iż zaledwie przyjechał, a już trzeba się było żegnać, czuję, że jest. Nie tylko w urnach na cmentarzu…

Niech spoczywa w pokoju.

 

Opublikowano Ana, wspomnienia, z głową w chmurach | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

wiewiórka przebiegła mi drogę

Mieszkam na „mojej” drugiej w życiu ulicy* od kilkunastu lat. Dziś po raz pierwszy spotkałam na niej wiewiórkę.

Dotychczas największymi atrakcjami „mojej” drugiej ulicy były monety, znajdowane na niej niemal codziennie, zanim ją wyasfaltowano i potrącone przez samochód zwierzęta. A tu taka niespodzianka. Nie dość, że wiewiórka, to jeszcze żywa!

Wiewiórka skojarzyła mi się z cmentarzem. Pewnie dlatego, że najlepsze (o ile w ogóle nie jedyne) zdjęcie wiewiórki zrobiłam kiedyś właśnie tutaj. Odruchowo wpisałam w google wyrazy „wiewiórka” i „cmentarz”. Jako pierwszy wyskoczył mi tekst: „Chcę być pochowana w lesie, tam gdzie żyją wiewiórki” – WP … Idealny na dzisiejszy wieczór. Nasz  Marek jest już w Polsce. Jutro przyjedzie do Siedlec. Jego prochy zostaną złożone do grobu rodziców.

* Na „mojej” pierwszej w życiu ulicy mieszkałam przez ponad 20 lat. W tzw. międzyczasie zmieniono jej nazwę, a nam numer bloku. Za każdym razem, gdy przejeżdżam obok „mojego” tamtego domu, przypominam sobie któregoś z sąsiadów.

Mieszkałam w klatce, w której połowa lokatorów wspólnie świętowała imieniny, a ich dzieci regularnie, tzn. kilka razy na dzień, kursowały między poszczególnymi zaprzyjaźnionymi mieszkaniami. Jedno z tych mieszkań było dla mnie wyjątkowe.  Miałam w nim przyszywaną ciocię i przyfastrygowanego tymi samymi nićmi wujka. Oni z kolei mieli najpierw dwie, a potem już trzy córki, które były moimi przyszywanymi  siostrami.

Żeby nie było, że w przeddzień rodzinnej uroczystości pogrzebowej wyjątkowo grubymi nićmi tu szyję – o „moim” pierwszym domu napiszę innym razem…

Opublikowano Ana, wspomnienia, z głową w chmurach, zwierzęta | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz