Była taka nauczycielka

Nie była ani nauczycielem mianowanym, ani dyplomowanym. Nie skończyła nawet studiów. A szkoła, którą kierowała przez 28 lat, istnieje do dzisiaj. Grobu Heleny Dyżewskiej na cmentarzu centralnym w Siedlcach od niedawna już nie ma.

Taktowna, sumienna, w pracy gorliwa, dbała o szkołę. Stosunek do dziatwy szkolnej i rodziców – dobry… Takie świadectwo wystawiali Helenie Dyżewskiej inspektorzy szkolni, którzy wizytowali kierowaną przez nią szkołę. Placówka ta przetrwała do dziś. Od 1 września tego roku jest Szkołą Podstawową nr 1 w Siedlcach.

Przedwojenny Kwestjonarjusz nauczycielski przypomina dzisiejsze CV. Wystukaną pracowicie na maszynie do pisania ankietę własnoręcznie wypełniła Helena Dyżewska.

Helena Magdalena Dyżewska urodziła się 27 maja 1870 r. w Żelechowie*, w rodzinie rzymskokatolickiej. W internecie bez trudu znajdziemy księgę metrykalną, w której spisano akt urodzenia późniejszej nauczycielki. Dowiadujemy się z niego, iż była córką Franciszka Konstantego i Julji z Rabków.

Od domowej nauczycielki do kierowniczki szkoły

Kiedy rodzina Dyżewskich zamieszkała w Siedlcach przy ul. Wojskowej 8? – Nie wiadomo. W 1889 r. Helena ukończyła siedleckie rządowe gimnazjum. Otrzymała świadectwo dojrzałości gimnazjalnej i – od Kuratora Warszawskiego Okręgu Naukowego – świadectwo domowej nauczycielki. Zaczęła udzielać prywatnych lekcji. 1 stycznia 1905 r. podjęła pracę nauczycielki w pierwszej polskiej szkole początkowej w Siedlcach. Początkowa Szkoła Kolejowa mieściła się przy ulicy Świętojańskiej 7. W kwietniu 1930 r. została przeniesiona do budynku przy ulicy Konarskiego 5, gdzie funkcjonuje do chwili obecnej. Od 1 września tego roku znów jest Szkołą Podstawową nr 1 w Siedlcach.

1 września 1906 r. Helena Dyżewska została kierowniczką tej placówki. Funkcję tę pełniła aż do 1934 r. W tzw. międzyczasie, 1 listopada 1916 r. rozporządzeniem Magistratu Miasta Siedlce, została „zamianowana” (pisownia oryginalna) kierowniczką miejskiej 4-klasowej szkoły elementarnej w Siedlcach.

Na jej pobory składały się: pensja miesięczna 125 marek, zasiłek drożyźniowy, ½ puda węgla do jednego pieca na opał, 5 marek miesięcznie na światło oraz dodatek w wysokości 30 marek za każde przepracowane 5 lat. Wypełniając ten Kwestjonarjusz, Helena Dyżewska była już nauczycielką z 13-letnim stażem pracy.

Jaką była kierowniczką szkoły? Opinie inspektorów szkolnych, wystawione jej w latach 1917 do 1932, nie pozostawiają wątpliwości, iż świetną.

„Widać na każdym kroku gorliwość, poświęcenie i przywiązanie do zawodu nauczycielskiego i dbałość o potrzeby szkoły”. „Taktowna, sumienna, dba o szkołę”. „W pracy gorliwa i sumienna, stosunek do dziatwy szkolnej i rodziców dobry. Nauczycielka posiada zasługi z czasów niewoli jako ideowa pracowniczka na polu oświatowem”. Wszystkie te wpisy złożyły się na ogólną ocenę pracy bardzo dobrą.

Dekretem Kuratorium Lubelskiego z 11 lipca 1934 r. Helena Dyżewska została 31 sierpnia tego samego roku przeniesiona w stan spoczynku. Zmarła 12 maja 1949 r.

Rodzeństwo

Jeszcze w czerwcu można było zapalić lampkę i pomodlić się nad mogiłą Heleny Dyżewskiej. Jeden z rodowitych siedlczan, tknięty jakimś niedobrym przeczuciem, sfotografował przezornie skromny nagrobek. W lipcu zrobiono w tym miejscu dwa nowe miejsca pochówkowe. Grób pani Dyżewskiej można jeszcze zobaczyć na zdjęciu, zamieszczonym w ogólnopolskiej internetowej bazie grobów.

Włodzimierzowi Bieguńskiemu, którego rodzina od kilku pokoleń mieszka w Siedlcach, udało się ustalić, iż Helena Dyżewska miała ośmioro rodzeństwa**. Późniejsza kierowniczka „Jedynki” była szóstym z kolei dzieckiem swoich rodziców. Nie tylko ona została nauczycielką. Jej siostra Jadwiga uczyła łaciny w Gimnazjum im.  królowej Jadwigi w Siedlcach (dzisiejsza „Królówka”). Brat Andrzej był miejscowym adwokatem, podobnie jak jego syn Czesław. Dyżewscy mieli dwa groby na cmentarzu centralnym w Siedlcach. Oba zostały zlikwidowane. Grób Andrzej zniknął już jakiś czas temu. Grób Heleny – na początku tegorocznych wakacji.

Przed Heleną w murowanym grobie na starej części cmentarza były pochowane jej dwie siostry, Konstancja i Władysława. Nieremontowany pomnik sióstr Dyżewskich zaczął się chylić ku upadkowi. Osoby, które często bywają na cmentarzu przy ul. Cmentarnej, pamiętają, że wyglądało to trochę tak, jakby ktoś temu upadkowi pomagał… Po pomniku została murowana rama. Postawiono przy niej metalowy krzyż i tablicę nagrobną. Imię pani Heleny zostało napisane czarną farbą na niedokładnie startych literach imionach jej sióstr.

Ten grób jest już „czysty”

Gdy pytam dyrektora Zarządu Cmentarzy Rzymskokatolickich w Siedlcach, ks. Leszka Dąbrowskiego, czy na nowym pomniku będzie tabliczka z informacją, iż była tu pochowana również Helena Dyżewska, słyszę, że nie.

– Nie byłoby to zgodne z prawdą historyczną. W grobie tym była wcześniej pochowana niejedna osoba. Nie sposób wszystkie wymienić. Grób został zlikwidowany. Kości zmarłej zebrano i przeniesiono do ossarium. Dlaczego? Bo rodzina pochowanego tu wcześniej nieboszczyka w każdej chwili może się odnaleźć i zażądać udostępnienia kości swojego krewnego. Moralnie byłaby to bardzo niezręczna sytuacja – wyjaśnia ksiądz.

– Ossarium to grób zbiorowy, w którym umieszcza się kości, wykopane ze likwidowanych grobów, z szacunku dla szczątków ludzkich. Tak samo postąpiliśmy z kośćmi osób, wykopanych podczas prac na terenie dzisiejszego lapidarium. Trafiły do ossarium na cmentarzu przy ul. Janowskiej – dodaje.

Niestety, na ossarium nie ma tabliczki, informującej, kto jest w nim pochowany.
– Likwidacja grobu jest ściśle określoną procedurą a nie wymysłem księdza. Dlatego też trzeba uwzględnić argumentację ustawodawcy***. W zasadzie grób śp. Heleny Dyżewskiej w aspekcie formalno-prawnym mógł zostać zlikwidowany z chwilą niewniesienia opłaty na kolejne 20 lat, tzn. w 1969 r. Tutejszy Zarząd Cmentarzy nie wykazywał nadmiernej „nerwowości” w sprawie likwidacji tego grobu. Decyzje o likwidacji grobów w każdym przypadku są poprzedzone bardzo długimi obserwacjami naszych pracowników i absolutną pewnością, że mamy do czynienia z zupełnym brakiem zainteresowania grobem, zarówno w aspekcie jego utrzymania, jak i ponoszenia należnych opłat – wyjaśnia ks. Leszek Dąbrowski.

Gdy pytam, co z uczniami, którzy palili lampki na grobie zasłużonej nauczycielki, słyszę, że robili to tylko raz w roku, na Wszystkich Świętych. Teraz będą mogli postawić znicz na ossarium lub zamówić mszę św. w intencji zmarłej – słyszę.
– Czy podejmując decyzję o likwidacji grobów pani Dyżewskiej mieliście świadomość, kim była ta osoba? – Nie mogliśmy mieć tej świadomości, jako że nasze księgi takich informacji nie zawierają.

* W Aktach Heleny Dyżewskiej znajdziemy również dokument, w którym zapisano, iż pani Helena przyszła na świat w Białej Podlaskiej. W Księdze ludności stałej Miasta Siedlce zanotowano z kolei, iż pani Helena urodziła się w Białej Podlaskiej, ale 27 kwietnia 1876 r. Rozbieżność w miejscach urodzenia Heleny Dyżewskiej udaje się wyjaśnić dzięki internetowym bazom danych. Dzięki nim wiemy, że były dwie Heleny Dyżewskie. Obie były córkami tych samych rodziców. Pierwsza urodziła się w Białej Podlaskiej i zmarła rok później. Druga urodziła się w Żelechowie i zmarła w Siedlcach.

** Marianna Bronisława (ur. 15.08.1848), Karolina Cecylia (ur. 11.10.1850, zm. 13.03.1851), Julian Marceli (ur. 1.01.1852), Konstancja Aleksandra (ur. 23.02.1854), Andrzej Franciszek Ksawery (ur. 29.11.1856), Helena (ur. 30.01.1860, zm. 1861), Władysława (ur. 15.06.1862),  Stanisława Weronika (ur. w „Radzaniu” 13.01.1865, zm. 1866), Jan (ur. 23.06.1867, Helena Magdalena (ur. 27.05.1870, zm. 12.05.1949).

***

Ustawa z 31 stycznia 1959 r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych

Art. 7

Ust. 2. Po upływie lat 20 ponowne użycie grobu do chowania nie może nastąpić, jeżeli jakakolwiek osoba zgłosi zastrzeżenie przeciw temu i uiści opłatę, przewidzianą za pochowanie zwłok. Zastrzeżenie to ma skutek na dalszych lat 20 i może być odnowione.

Ust. 3. Przepisy ust. 1 i 2 nie mają zastosowania do chowania zwłok w grobach murowanych przeznaczonych do pomieszczenia zwłok więcej niż jednej osoby, a także do chowania urn zawierających szczątki ludzkie powstałe w wyniku spopielenia zwłok.

Ust. 5
Niezależnie od powyższych przepisów jest wzbronione użycie do ponownego pochowania grobów, mających wartość pamiątek historycznych (ze względu na swą dawność lub osoby, które są w nich pochowane, lub zdarzenia, z którymi mają związek) albo wartość artystyczną.

Reklamy
Opublikowano historia, kultura, samo życie, wspomnienia | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Jubileuszowe rarytasy, zagadki i smaczki

Wydawać by się mogło, że nie ma nic bardziej przewidywalnego, niż wystawy jubileuszowe w placówce muzealnej. Tymczasem Muzeum Regionalne w Siedlcach, na wystawach, zorganizowanych z okazji 50-lecia jego powojennej działalności, zaprezentowało niby zbiory dobrze znale, ale… dopełnione eksponatami rzadko pokazywanymi, wypożyczonymi z innych placówek lub wręcz dopiero co pozyskanymi. Czujne oko znawców historii regionu bez problemu potrafiło wyłowić te ciekawostki.

Na wystawie dotyczącej historii Siedlec możemy więc po raz pierwszy zobaczyć portret księżnej Aleksandry Ogińskiej tuż obok obrazu, przedstawiającego jej matkę i popiersia jej ojca. Portret drugiego męża księżnej, Michała Kazimierza, jak na małżonków, którzy byli w separacji, ale zachowywali przyjacielskie relacje przystało, wisi na osobnej, ale stojącej tuż obok ściance.

 

O ile rodzice księżnej przyjechali z Muzeum xx. Czartoryskich w Krakowie, to oryginał portretu jej małżonka znajduje się w Muzeum Sztuki Litwy w Wilnie, na której mieszkał, opuściwszy Siedlce.

 

Patrząc na portrety poszczególnych Czartoryskich – a są wśród nich i ks. Adam Kazimierz i Maria Wirtemberska i Izabela z Flemingów – ma się wrażenie, że wszyscy najważniejsi przedstawiciele Familii przyjechali do Siedlec na jubileusz muzeum „pod Jackiem”. Nie mogło też zabraknąć króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który przybył do z Zamku Królewskiego na Wawelu. W gablocie tuż obok tych portretów znajdziemy pierścień z podobizną Adama Kazimierza Czartoryskiego z ok. 1790 r. O ile wszystkie wystawy jubileuszowe będą dostępne do marca 2018 roku, to pierścień ten będzie u nas tylko do początku sierpnia, podobnie jak eksponowana w muzealnej bibliotece 3-tomowa książka z… autografami ks. Aleksandry.

 

Dociekliwych wciąż intryguje rycina Franciszka Ksawerego Christianiego z 1825 r. Zamieszczona w pracy „Rysy postawionych pomników i wybitnych medalów w Królestwie Polskiem w roku 1825” jest najstarszym, dotychczas znanym, przedstawieniem ratusza. Niewysoka budowla tuż przed „Jackiem” być może była studnią. Nieopodal miejsca, w którym stoi dziś popiersie Tadeusza Kościuszki, był wówczas postument z figurką. A między „Jackiem” a kościołem św. Stanisława stał parterowy budynek. Gdyby zachował się do dzisiejszych czasów – zasłaniałby widok na pobudowaną 3 lata później pocztę.

 

Kolejnym smaczkiem dla historyków jest – po raz pierwszy prezentowane w Siedlcach – zdjęcie bramy dzwonnicy, zrobione przez Hermana Gancwola. Jego reprodukcja wisi pod fotografią, przedstawiającą Stary Kościół. Oba zdjęcia Muzeum Narodowe w Warszawie, które ma te fotografie w swoich zbiorach, datowało na 1875 r. Uważni obserwatorzy zauważą, że drzewa na jednej z tych fotografii mają liście, ale na drugiej z nich już nie. To najlepszy dowód, że ich autor co najmniej dwukrotnie odwiedził Siedlce. Czy przyjechał do tego miasta wyłącznie wiedziony ciekawością, jak ono wygląda po niedawnym pożarze? Czy syn Hermana, Adolf, któremu miasto zawdzięcza tyle zdjęć, był tu wówczas razem z ojcem? W 1875 roku miał zaledwie 5 lat.

 

Patrząc na zdjęcie bramy-dzwonnicy, nie sposób nie spojrzeć na zamieszczoną tuż obok pracę Adolfa Kozarskiego z 1866 r. Namalowana po drugim (z 1865 r.) z trzech dużych pożarów, jakie dotknęły Siedlce w II poł. XIX w., jest uroczą widokówką z malowniczymi chmurami. Zdjęcie Hermana jest realistyczne aż do bólu. Pokazuje dostojną, lekko przechyloną w lewo, odrapaną bramę, wołającą bezgłośnie o pilny, gruntowny remont.

 

XIX-wieczny surdut oraz stroje pań na manekinach, towarzyszących wystawie historycznej, to nabytki, które muzeum dostało od mieszkańców Siedlec w tym roku. Świetnie zachowane są wspaniałym prezentem jubileuszowym.

 

Na wystawie etnograficznej urzekają zwiedzających wycinanki, poprzetykane zdjęciami pań, które je wykonywały oraz imponująca kolekcja, pieczołowicie zbieranych przez Wandę Księżopolską.

 

Wśród obrazów przeważają prace Małgorzaty Łady-Maciągowej, które zajmują aż 3 sale wystawowe oraz Michała Borucińskiego, wyeksponowane w 2 salach. Porozwieszane po dwóch stronach holu głównego „na dołku” – są niczym skrzydła wielobarwnego ptaka.

 

Byli niemal równolatkami. Małgosia urodziła się 4 lata wcześniej niż Michał. Jej prace, podobnie jak życie, są związane z Krakowem. Oprócz widoków z grodu Kraka, malowanych przez artystkę coraz chętniej pod koniec życia, na wystawie możemy podziwiać portrety jej męża, synka, siostry i babci oraz autoportrety. Na pracach Michała królują: szkice portretowe osób spoza rodziny, martwe natury i kwiaty. Autoportret, namalowany na płycie pilśniowej, jest zaledwie jeden. Sporo jest za to widoków Warszawy – zrównanej z ziemią lub jeszcze niepodniesionej z ruin po II wojnie światowej.

 

Zanim jednak dojdziemy do prac wspomnianych malarzy, przyciągną naszą uwagę „Dziewczynki z martwym ptaszkiem” Vlastmila Hofmana, „Portret dziewczyny” Kazimierza Sichulskiego oraz obrazy m.in.: Józefa Brandta, Józefa Pankiewicza, Ludomira Benedyktowicza i Wojciecha Weissa. Patrząc na nie, zastanawiamy się, jakim cudem takie „nazwiska” znalazły się akurat w Siedlcach.

 

Najmniejsza, znajdująca się tuż przy wejściu do muzeum sala, jest poświęcona historii tej placówki. Oprócz trofeów muzealnych i spisu wszystkich dyrektorów tej placówki z minionego półwiecza znajdziemy w niej wydawnictwa, foldery, pocztówki, kalendarzyki, długopisy, magnesy na lodówkę, będące sympatycznymi pamiątkami z pobytu w Siedlcach. Oprócz nich zwracają uwagę materiały, przypominające, iż w Muzeum Regionalnym w Siedlcach były wystawy lub prelekcje, dotyczące Indian Ameryki Północnej, Etiopii, a w muzeum w Treblince, będącym oddziałem siedleckiej placówki, całkiem niedawno, bo 3 maja 1990 r., gościł nie kto inny, jak prezydent RFN.

 

Wybierając się do Muzeum Regionalnego, warto ubrać się ciut cieplej, ponieważ – ze względu na dbałość o zapewnienie odpowiednich warunków prezentowanym na wystawach eksponatom – obniżono temperaturę w pomieszczeniach wystawowych.

Opublikowano fotografia, historia, kultura | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

książki z Biedronki

Nie są czerwone w czarne kropki. Nie latają do nieba po kawalątek chleba. Nie sposób ich też nazwać Bożymi krówkami. Nawet ciągutkami jakoś nie wypada. Książki z Biedronki, niczym konfitury z tejże, w pierwszej chwili wywołują uśmiech na twarzy, w drugiej – zaciekawienie, towarzyszące ich napotkaniu w takim sklepie, ustępuje miejsca radości i zdumieniu.

Wszystkiego się spodziewałam w Biedronce, ale Magdy Grzebałkowskiej jednak najmniej. Znaczy się, nie Magdy osobiście, tylko jej najnowszej (tzn. wydanej w 2015 r.) książki „1945. Wojna i pokój”.

Chociaż… Skoro 3 lata temu znalazłam w tym samym sklepie książkę Małgorzaty Musierowicz (dużo świeższą, niż ta wyżej wspomniana), „Wnuczkę do orzechów”, a rok później, przed Bożym Narodzeniem, „Feblika”, to może nie powinnam się teraz dziwić? A jednak się zdziwiłam. Albo – jak by napisała Musierowiczowa – zacukałam (ładnie – prawda?).

Nie zwróciłabym uwagi na ten 1945 rok, gdyby nie człowiek w średnim wieku, który w pewnym momencie wychynął zza sąsiedniego regału, by… odłożyć na półkę tę książkę. Sprytnie odłożyć. A nawet przebiegle. Mniej więcej tak, jak to robią panie w second-handach. Upolowawszy swój cud-łup, bywalczynie lumpeksów odwieszają go w najbardziej ciemny z ciemnych kąt lub np. na wieszak w dziale dla dzieci, żeby… sobie tam spokojnie powisiał dzień lub dwa, nie rzucając się nikomu w oczy, i poczekał na… dzień dobroci dla niechcianego towaru, czyli jego wyprzedaż po jeszcze atrakcyjniejszej niż dotychczas cenie…

W przypadku książek – które w sklepach Biedronki są sporo tańsze niż gdzie indziej – o dodatkowym upuściku mowy co prawda być nie może, ale… Miły pan w średnim wieku prawdopodobnie zamierzał wkrótce wrócić po tę Grzebałkowską, bo… odstawił ją tyłem do przodu i to tak przemyślnie, że książki z działu kulinaria zasłoniły zdjęcie autorki z jej imieniem, nazwiskiem i notką biograficzną włącznie. Powiedzmy sobie szczerze – wzięłam tę książkę do ręki nie dlatego, że pachniała na odległość dobrym materiałem reporterskim. Zaintrygowało mnie, co też ten facet sobie odpuścił. Zgodnie z zasadą: towar macany należy do macanta – czule objęłam dopiero co odstawiony tom Grzebałkowskiej, szepcząc: mój ci on i… pognałam z nim do kasy w takim tempie, jakbym się obawiała, że miły pan lada moment zatęskni za wojną i pokojem w jednym i zechce go odzyskać na drodze niekoniecznie pokojowej.

Ja po drodze złapałam jeszcze „Przepisy na szczęście” Mai Sobczak oraz „Smarowidła, pasty i inne cuda” Marii Banach. Obie książki – podobnie jak poprzednia – były w jakże miłej dla mojego portfela, promocyjnej cenie.

Na każdej z wyżej wymienionych pozycji zaoszczędziłam ok. 10 zł. Czysty zysk, chociaż… czy na pewno miejsce, w którym kupujemy książkę, nie gra roli lub gra rolę epizodyczną w sytuacji, gdy promocja (nie mylić w tym przypadku ze spotkaniem autorskim) jest grą wartą świeczki?

 

Opublikowano Ana, historia, kultura, samo życie | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

W wyniku różnych zmartwień…

Reżyser i scenarzysta, podobnie zresztą jak fotograf i krawiec, muszą umieć wybierać / wykrawać co najlepsze kawałki.

Nie inaczej było przy okazji filmu o Marii Skłodowskiej-Curie, o którym niedawno tu wspomniałam. Mocno uwypuklony w nim wątek Mani i Paula Langevina zainteresował mnie na tyle, że wybrałam się do biblioteki.

Znając wartość poszukiwań u źródeł, zamówiłam tylko dwie biografie noblistki – tę uważaną za wzorcową, napisaną przez jej młodszą córkę, Ewę oraz „Geniusz i obsesję. Wewnętrzny świat Marii Curie” autorstwa Barbary Goldsmith.

Pozostałe pozycje, to:

1) jakże skromnie wydana 80-stronicowa autobiografia Mani,  napisana przez nią po angielsku na życzenie amerykańskich przyjaciół, a przetłumaczona przez dra J. S. i H. S.;

2) wspomnienia siostry Mani, Heleny Skłodowskiej-Szalay;

3) wybór korespondencji Marii ze starszą córką Ireną z lat 1905-1934.

W każdej z nich szukam Langevina. Efekty tych poszukiwań są zaskakujące.

„W wyniku różnych zmartwień zachorowałam poważnie w końcu 1911 roku, kiedy to powtórnie, tym razem sama, otrzymałam nagrodę Nobla. (…) Mimo choroby udałam się do Sztokholmu po odbiór nagrody. Podróż była dla mnie bardzo uciążliwa. Towarzyszyła mi starsza siostra oraz córka Irena. (…)

Wspaniałego przyjęcia doznałam ze strony kobiet szwedzkich. Było to niesłychanie przyjemne, ale tak źle się czułam, że po powrocie do domu musiałam przeleżeć kilka miesięcy w łóżku. Ta ciężka choroba oraz konieczność dalszego kształcenia moich dzieci zmusiły mnie do przeniesienia się z Sceaux do Paryża” – napisała w „Autobiografii”. (str. 57-58) Nazwiska Langevin nie wymieniła w niej ani razu.

Ewa spojrzała na ten etap życia matki z zupełnie innej strony. „Po sławie małżonków Curie nadszedł czas na osobistą sławę Marii Curie, głośniejszą, docierającą coraz dalej. (…) Wspaniałe odkrycie, dokonane wspólnie z genialnym człowiekiem, wszechświatowa sława, dwie nagrody Nobla ściągają na Marię podziw wielu osób, a wielu innych – nienawiść.

Złość ludzka rzuca się na nią nagle gwałtowną falą i usiłuje ją zgnębić. Burza podstępnych i niecnych ataków zrywa się w Paryżu przeciwko tej czterdziestoczteroletniej kobiecie – tak wątłej, tak zniszczonej przez olbrzymi ciężar pracy – tak osamotnionej i bezbronnej.

Maria, pracując jak mężczyzna, ma oczywiście przyjaciół między mężczyznami. Będąc wyjątkową indywidualnością, wywiera na nich – zwłaszcza na jednego z nich – wpływ bardzo głęboki. To ludzkiej zawiści  wystarcza, aby oskarżyć uczoną, całkowicie oddaną swej pracy, kobietę, której życie było zawsze tak godne i skromne, w ostatnich latach zaś tak nieszczęśliwe – o zrywanie małżeństw i przynoszenie ujmy nazwisku, które umie nosić nazbyt świetnie. (…)

Lecz zbrodnia została spełniona: Maria znalazła się u progu samobójstwa i obłąkania. Siły fizyczne zupełnie ją opuściły: zachorowała bardzo ciężko. ” (str. 310-314)

Z imienia i nazwiska Ewa ani razu nie wymieni w swojej książce Paula Langevina.

Co nie znaczy, że stroni w niej od tematów bardzo trudnych.

„W ostatnich miesiącach ciąży jest tak przygnębiona i apatyczna, że zdawałoby się, nie dba o nic i o nikogo, prócz męża, którego zdrowie jest jej nieustanną troską. Że nie kocha już ani swej pracy, ani dziecka, które ma wkrótce przyjść na świat… Brońcia, przyjechawszy do niej z Polski na połóg, jest przerażona, widząc to nowe oblicze Marii – przez los pokonanej.

  • Jakim prawem daję życie dziecku? – powtarza. – Życie jest za trudne, zanadto cierniste. Nie wolno nam skazywać na nie nikogo…
  • Poród jest ciężki i długotrwały. Wreszcie 6 grudnia r. 1904 rodzi się tłusty dzieciak z czarnymi, nastroszonymi włosami. Druga córka – Ewa.” – czytamy w książce Ewy Curie. (str. 257)

Helena we wspomnieniach o siostrze wydarzenia roku 1911 kwituje tylko jednym zdaniem: „W roku 1911 otrzymuje Maria nagrodę Nobla z chemii”. Nazwiska Langevin próżno szukać w tych wspomnieniach. (str. 39)

W korespondencji z Ireną, której córka poślubi w przyszłości wnuka Paula Langevina, nie ma wzmianki o żadnym Langevinie. Nie znajdziemy go też na zdjęciach…

W książce Barbary Goldsmith znajduję kolejno rozdziały: Nasza życiowa katastrofa, Byliśmy szczęśliwi, Metamorfoza, „Dzieci moje (…) nie mogą we mnie życia rozbudzić”, „Chemia rzeczy niewidzialnych”, Zaszczyty i niesława…

„Za zmianą w zachowaniu Marii krył się Paul Langevin. Były student Piotra od dawna był bliskim przyjacielem obojga Curie, został też wybranym przez Piotra jego następcą w EPCI. Pięć lat młodszy od Marii, był wysokim mężczyzną o żołnierskiej posturze, przenikliwym spojrzeniu, z krótko przystrzyżonymi włosami oraz podkręconymi wąsami. Langevin był zarówno fizykiem, jak i wybitnym matematykiem. W 1906 roku Langevin wyciągnął wniosek, że E = mc2 (…), odkrywając jednak, że inny naukowiec, o nazwisku Einstein, już opublikował to odkrycie.

Maria Curie pisała (…), że bardzo sobie ceni jego cudowną inteligencję. (…) Langevin pisał, że Maria przyciągała go niczym światło (…) i zacząłem szukać w niej tej odrobiny czułości, której brakowało mi w domu. (…)

Maria, którą trzeba było namawiać do poślubienia spokojnego Piotra, teraz cała pałała namiętnością. (…) Pani Langevin (…) ostatecznie podpisała dokumenty, stwierdzające separację, w których o Marii nie było ani słowa. Po trzech latach Langevinowie pogodzili się, przy czym Paul znalazł sobie kolejną kochankę, tym razem nikomu nieznaną sekretarkę. Kilka lat później, po tym jak Paul spłodził nieślubne dziecko jednej ze swoich byłych studentek, poprosił Marię, aby znalazła dla niej posadę w swoim laboratorium, na co przystała”. (str. 154-164)

Równie zaskakujące jak przytoczone wyżej fragmenty okazały się pieczątki z datami ostatnich wypożyczeni tych książek: autobiografia – rok 2000, listy do córki – rok 1995, wspomnienia siostry – rok 1991, biografia autorstwa Ewy Curie – rok 1997…

 

 

 

Opublikowano Ana, film, historia, kultura, samo życie, wspomnienia | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Trzech Budrysów-urrrwisów

Będą z nich kiedyś chłopy jak dęby. Najstarszy właściwie  już jest młodym dąbkiem. Średni za moment nim będzie, a najmłodszy – zapowiada się na kujona.

Spotkałam ich w przychodni lekarskiej dla dzieci chorych. Siedząc w poczekalni wśród maluchów z przeziębionymi lub zsypanymi krostami buziami wyglądali, jakby się tu znaleźli przez pomyłkę. Albo robili za osoby towarzyszące.

Zdrowi jak konie, ryby i rydze razem wzięci.

Nie tylko mi wydali się nadzwyczaj zdrowi. Doktor, która ich zbadała, orzekła to samo. I poszła z Budrysami do poradni dla dzieci zdrowych, żeby ich zaszczepić.

Oprócz zdrowego wyglądu Budrysi mieli jeszcze dwa inne „znaki” charakterystyczne. Dwóch starszych nie wypuszczało z rąk smartfonów. Grali na nich w jakąś grę z takim przejęciem, że nawet nie dali popatrzeć najmłodszemu bratu. Po fizjonomii juniora wnioskuję, że nie miał smartfona wcale nie dlatego, że sam nie jest jeszcze wystarczająco „smart”. Raczej nie dostał go od rodziców właśnie dlatego, że jest bardzo, bardzo „smart”.

Czego najlepszym dowodem są jego okulary w – nie bójmy się tego określenia – wybitnie kujońskich oprawkach. Starsi bracia juniora nie mieli ani takich oprawek, ani nawet okularów…

Budrys senior miał za to wytatuowany na prawej dłoni czarny krzyż. Budrys junior zwracał uwagę pokaźnych rozmiarów krzyżykiem, zawieszonym na szyi na solidnej grubości łańcuchu. Srebrnym. Brat średniak zamiast krzyżyka na wierzchu, tatuażu na widoku i okularów na nosie miał wyeksponowane na spodniach, skarpetkach i koszuli logo znanej firmy, produkującej ubrania sportowe. Nie muszę oczywiście dodawać, że spod tejże koszuli – nonszalancko rozpiętej – wyglądał znak graficzny wyżej wspomnianej marki ubraniowej, umieszczony przez projektanta na samym środku T-shirtu. 🙂

Patrząc na każdego z Budrysów-urrrwisów (wyraziste charaktery mieli wypisane i wymalowane na twarzach), nie mogłam wyjść z podziwu, że tak bardzo są do siebie podobni i tak różni zarazem.

 

 

 

Opublikowano samo życie | Otagowano , , , | 1 komentarz

Babcia mówiła na mnie Adolfik*

Był dżentelmenem. Na dokumentach, które się zachowały, doskonale widać, że zawsze składał podpis tuż za żoną lub pod jej autografem. Gdyby więc Eleonora była jego żoną, to jej inicjał jako pierwszy by był tłoczony na tekturowych kartonikach z secesyjnymi litografiami, na które na przełomie XIX i XX w. naklejano zdjęcia. Tymczasem literka E. jest druga w kolejności w nazwie siedleckiego zakładu fotograficznego A. i E. Gancwol.

Adolf Gancwol był najmłodszym dzieckiem i najprawdopodobniej jedynym synem Hermana i Marii z Grundhandów. Przyszedł na świat w 1870 r. w Warszawie. Miał co najmniej sześć sióstr. Trzy z nich tak samo jak on i jego ojciec prowadziły zakłady fotograficzne. Eleonora była jedną z nich.

Emilja czy Eleonora?

Szukałam jej przez blisko 7 lat. Już 5 lat temu doszłam do wniosku, że Eleonora mogła być siostrą Adolfa, ale… Były to tylko moje przypuszczenia. Gdy więc znalazłam niedawno akt chrztu Eleonory Gancwol, poczułam dziką radość. I satysfakcję! Traf chciał, że odkryłam go niemal w 70. rocznicę jej śmierci.

Uważano, że E. Gancwol (chyba wszyscy intuicyjnie wyczuwaliśmy, że była to ta E., a nie ten E.) to druga żona Adolfa Gancwola, Lucyna Emilja. (Pierwszą była Leokadja.) Trochę na siłę. Adolf zmienił nazwisko na Ganiewski w 1922 r. Lucyna Emilja (z domu Gebel) była jeszcze wtedy panną. Nie zdążyła być panią Gancwol. Od razu została Adolfową Ganiewską.

Kto więc się krył pod inicjałem „E.”? Odpowiedź na to pytanie znalazłam w wykazie „Fotografów i zakładów fotograficznych Królestwa Polskiego i Litwy (Imperium Rosyjskie do 1918 r.)” Michała Żura. Autor tej publikacji był antykwariuszem oraz prezesem Domu Polskiego w Charkowie. Jako właścicielki zakładów fotograficznych w Siedlcach wymienił Eleonorę Gancwol i Ewelinę Dubiszewską. Skąd znał ich imiona i nazwiska? Tego już się nie dowiemy. Sporządzony przez Michała Żura wykaz fotografów odkryłam w 2010 r. Jego autor zmarł 2 lata wcześniej. Został śmiertelnie pobity w swoim antykwariacie.

Oprócz pracy M. Żura „dowodami na istnienie” Eleonory były Księgi i roczniki adresowe Królestwa Polskiego z lat 1900-1904. Przez ten czas jako właścicielka zakładu fotograficznego w Siedlcach była w nich wymieniana właśnie Eleonora Gantzwohl. Co się z nią działo później? Księga adresowa na rok 1905 podpowiada nam, że w powiecie siedleckim istniały zakłady fotograficzne Adolfa Gantzwohla przy ul. Ogrodowej i „Wiktoria” K. Korbutta przy ul. Warszawskiej. Po Eleonorze nie ma śladu.

Elena

Dr nauk ścisłych Elena Pawłowa z Moskwy, autorka książek „Wielostronne podejście filozoficzne do podstaw matematyki” oraz „Rozwój matematyki na przestrzeni wieków” (tę drugą napisała wspólnie z Markiem Kowalskim) przez kilka lat była związana z uczelniami w: Lublinie (KUL, UMCS), Warszawie (UW, UKSW) i Siedlcach (dzisiejszy UPH).

Jej babcia ze strony mamy nazywała się Helena Fiedczenko (z domu Gancwol). Dr Pawłowa o Gancwolach miała niewiele informacji, ale za to jakże istotnych. Ponieważ większość z nich nie była udokumentowana, nie potrafiła połączyć faktów i odtworzyć historii swojej rodziny. Nie mogła zrozumieć, czemu w archiwach, kancelariach parafialnych i urzędach stanu cywilnego nie znalazła ani jednego dokumentu, potwierdzającego istnienie babci Heleny. Przecież najlepszym dowodem na istnienie babci jest wnuczka, która dostała na chrzcie takie samo imię jak seniorka rodu.

Przebywając od kilku lat w Polsce, wykładając na wspomnianych wyżej uczelniach, a potem ubiegając się o kartę stałego pobytu, Elena Pawłowa porozumiewała się wyłącznie w języku rosyjskim. Mówić po polsku podobno umiała, ale… nie chciała. Nie bawiła się w kurtuazje. O swojej rodzinie opowiedziała i doradcy prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego ds. społecznych Henrykowi Wujcowi, i naczelnemu rabinowi Polski, Michaelowi Schudrichowi. I mnie…

Znalazła mnie dzięki pomocy Yale Reisnera z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, który wyszukał w sieci mój tekst „Zagadki Gancwola”.

Helena

Babcia pani Eleny urodziła się 21 maja 1867 roku. Najprawdopodobniej w Warszawie, choć równie dobrze mogła przyjść na świat w Nowo-Mińsku, Nowym Dworze, a nawet w Siedlcach… 1 listopada 1898 r. poślubiła 2 lata młodszego od siebie Nikołaja Dmitriewicza Fiedczenkę.

Pół roku lub 10 miesięcy później (są trzy wersje tej daty: 10 V, 4 VIII, 21 VIII) przyszła na świat ich pierwsza córka Maria. 4 lipca 1900 pojawiła się na świecie mama pani Eleny, Olga. Obie dziewczynki urodziły się w Nowo-Mińsku. Pani Elena nie ma jednak ani aktu ślubu dziadków, ani ich aktów urodzenia. Nie ma też aktów urodzenia ani cioci i mamy, ani nawet swojego. W różnych innych dokumentach ma aż trzy daty urodzenia.

Która z nich jest prawdziwa? Nie wiem – przyznała podczas któregoś z naszych spotkań.

Z Nowo-Mińska dziadkowie pani Eleny wyjechali najprawdopodobniej do Kowna. Potem dziadek Mikołaj został dowódcą twierdzy w Helsinkach. Zmarł w 1917 lub 1918 r., rozstrzelany na oczach żony i córek. Dziewczynki dusznościami i kaszlem przez pół roku odreagowywały tę tragedię. Po śmierci Mikołaja Helena zamieszkała z córkami w Nowoczerkassku. Przygarnęła je siostra cioteczna Heleny, Katarzyna Reszotowska. Podobno przymierały tam głodem.

Olga skończyła w Helsinkach ostatnią klasę gimnazjum. Później studiowała architekturę na Rostowskim Politechnicznym Uniwersytecie w Nowoczerkassku. Wyszła za mąż za Pawła Grigoriewicza Pawłowa, absolwenta ekonomii i prawa w Kijowie. Poznali się, gdy pracował w Baku, a ona była głównym architektem tego miasta. Jej siostra Maria (zm. 11 X 1976 r. w Baku) została sekretarzem sądu w Nowoczerkassku. Olga przeżyła ją o 9 lat (zm. 22 IX 1985 r. w Moskwie). Ich matka, Helena Fiedczenko (z domu Gancwol) zm. 18 XI 1946 r. w Baku.

Na zakończenie jednego z naszych spotkań Elena Pawłowa zapytała mnie bezceremonialnie:

Ile pani ma lat? Ponad 30! Moja babcia i mama też późno wyszły za mąż, a ciocia Maria to została panną. Przypuszczam, że dziadek z babcią poznali się, gdy przyszedł do jej zakładu zrobić sobie zdjęcie.

– Pani babcia pracowała w zakładzie fotograficznym?!

Tak, a nie mówiłam o tym? Ona robiła zdjęcia. Zresztą w tej rodzinie chyba każdy je robił. Mama i ciocia Marysia też. Ale ciocia więcej. Przechowała nawet aparat fotograficzny babci. Potem ja go dostałam. Sprzedałam go. Wiem, że źle zrobiłam, ale takie były czasy. Nie wróci się… Na jednym ze zdjęć, które pani pokazałam, jest młody Adolf, prawda? Znam go tylko z fotografii. Poznałam go po pieprzyku na policzku. Babcia tuż przed śmiercią, gdy była już ciężko chora, mówiła do mnie: Adolfik. Może i jestem do niego trochę podobna? Ależ to był przystojny mężczyzna! I w taki sposób umarł! Babcia nic więcej mi o nim nie mówiła. W ogóle w domu nie mówiło się o żadnych Gancwolach. Teraz domyślam się, dlaczego. Oni byli przecież Żydami, a dziadek Mikołaj był prawosławny. I ślub z babcią wziął prawosławny. Ja też jestem prawosławna, tak samo jak moi rodzice, a ciocia Maria to nawet pomagała batiuszce w Nowoczerkassku.

Nie nam oceniać, jak bardzo prawosławni byli krewni Eleny Pawłowej. Z całą pewnością byli jednak prawowierni. A zgodnie z prawem o małżeństwach mieszanych, które istniało od 1836 r., „gdy jedno z małżonków jest wyznania prawosławnego (…) zachodzi przymus co do wychowania wszystkich dzieci w religii prawosławnej (…)”.

Babcia nie lubiła Żydów – przyznała pani Elena. I zaraz dodała: – Może jej mama wcale nie była Żydówką, tylko polską szlachcianką? – rozmarzyła się.

Środowisko żydowskie bardzo źle reagowało na zmianę wyznania. „Wujowie i ciotki pluli na samo wspomnienie o niej” – napisał w „Rodzinie Muszkatów” I. B. Singer o Maszy, która przechrzciła się z miłości do Janka. Ojciec [Maszy] spędził jeden tydzień na rytualnej żałobie po córce, tak jakby ta umarła. [Matka] napisała (…), że ją wydziedzicza. Równie ostro reagowali polscy patrioci na śluby Polek z Rosjanami. Po powstaniu 1863 r. poślubienie Rosjanina było krzyczącym sprzeniewierzeniem się patriotycznej tradycji. (…) Małżeństwo z Rosjaninem uważane było za podwójną zdradę – religijną i patriotyczną – czytamy w książce Agaty Tuszyńskiej „Rosjanie w Warszawie”.

23-letnia Eleonora Gancwol, „córka mieszczan żydowskich 62-letniego Germana Gancwol i jego zakonnej żony Marii z domu Grungand”, w samo południe 16 listopada 1896 r. przyjęła w cerkwi prawosławnej chrzest. Dostała podczas tej uroczystości imię Helena.

Z aktu chrztu wynika, iż Eleonora urodziła się w 1873 r., a nie w 1867 – jak mówiła Elena Pawłowa. Która z tych dat jest prawdziwa? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że Helena Gancwol późno wyszła za mąż i była starsza od swego męża. Miała więc powód, żeby „się odmłodzić”.

Musiała bardzo kochać Mikołaja, bo ochrzciła się jeszcze za życia ojca. Na nekrologu błogosławionej pamięci Hermana Ganzwola napisano, że: po krótkiej lecz ciężkiej chorobie zasnął w Bogu, 24 marca 1898 roku, przeżywszy lat 68. Następnego dnia spoczął na Cmentarzu Żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie. Skoro w 1896 r. miał 62 lata, to dwa lata później powinien mieć 64, a nie 68. Zakładam, że informacja z księgi wyznania mojżeszowego jest w tym wypadku bardziej wiarygodna od tej z księgi prawosławnej.

Bez względu na to, ile miał lat w dniu śmierci, błogosławionej pamięci Herman Ganzwol zasnął w Bogu rok i 4 miesiące po konwersji córki. Dwoje kolejnych jego dzieci – Justyna i Adolf – zmieniło wyznanie już po śmierci ojca. Justyna ochrzciła się w kościele ewangelicko-augsburskim, a Adolf – w ewangelicko-reformowanym. A imię Eleonora wkrótce znów pojawiło się w rodzinie Gancwolów.

Aleksander Gancwol-Ganiewski, stryjeczny brat Eleonory, Justyny i Adolfa dał swojej pierworodnej, urodzonej w 1907 r. córce aż trzy imiona – Karolina Alicja Eleonora.

* W numerze 11. „Tygodnika Siedleckiego” z tego roku można przeczytać krótszą wersję tego tekstu, zatytułowaną „Zapomniana Eleonora Gancwol”.

 

Opublikowano Ana, fotografia, historia, kultura, wielokulturowość, wspomnienia, z głową w chmurach | Otagowano , , , , , , , , , | 2 Komentarze

Wreszcie przyjechałem…

…powiedziałby na powitanie i mocno wyściskał.

Nasz Marek.

Czekaliśmy na Niego od wakacji.

W lipcu przestał odbierać telefon. Pod koniec sierpnia zadzwoniła Jego przyjaciółka. Z pretensjami. Że jak to, to już tyle czasu, a jej nikt do tej pory nie powiadomił.

Ojciec poszedł na policję. Ledwo wrócił, przyjechało 3 funkcjonariuszy. Z faxem do wglądu.

A potem zaczęliśmy przerabiać kolejno lekcje: pokory, cierpliwości, godności i wytrwałości.

Ile razy zdawaliśmy sprawdzian z miłości bliźniego? Ile razy pytano nas: jak bardzo drogi zmarły jest nam drogi? – wiemy tylko my.

Nasz niepozorny za życia Marek po śmierci zaistniał w tylu instytucjach, w ilu nie zdążył chyba nawet nigdy być. Listy i maile kursowały w tę i z powrotem. W treści różniąc się właściwie tylko nagłówkami i adresatami.

W ubiegłym tygodniu ojciec pojechał na ekshumację pochowanego jako N.N. brata.

Wczoraj urny z prochami Marka (były dwie, bo prochy 197-centymetrowego faceta nie zmieściły się w jednej) znalazły się w grobie dziadków. Tradycji stało się zadość. Facet, który za życia nie mieścił się w żadne schematy, a ubrania chętnie szył sobie sam, został pochowany w sposób niebanalny. Przy pięknie świecącym słońcu.

Mimo iż zaledwie przyjechał, a już trzeba się było żegnać, czuję, że jest. Nie tylko w urnach na cmentarzu…

Niech spoczywa w pokoju.

 

Opublikowano Ana, wspomnienia, z głową w chmurach | Otagowano , , , | Dodaj komentarz